piątek, marca 24, 2006

Jestem sobą od ponad siedemnastu lat. Złudzenie czasu jest zupełne. Tylko parę razy złamane. I to wszystko. Ale dlaczego jestem sobą? Z tych paru miliardów ludzi, dlaczego akurat ja? Jakie to dziwne... Jakie to dziwne, że nigdy nie będę nikim innym. Tylko sobą. Rażąca dysproporcja - 1:6000000000. 6 miliardów, prawda? A może już więcej... Nieważne. Hmm, szansa 98% w rachunku prawdopodobieństwa uznawana jest zazwyczaj za pewność. No więc, miałem 20% szansy na to, że będę Chińczykiem. To już całkiem sporo. I miałem również 5999999999:6000000000 na to że nie byłbym sobą. Ha! Pewność, że nie będę sobą! To jakaś pomyłka... Jeszcze jedno. Jeśli przyrost ludności wciąż będzie dodatni, to miałem większą szansę być i żyć nie teraz, lecz za 400 lat. Dlaczego więc nie wtedy, a teraz? Ha! Haha... Powoli rodzi się we mnie pewność, że nie istnieje. To. co się dzieje., naprawde nie istnieje., poczekam i popatrzę. nie cofnę kijem Wisły...

wtorek, marca 14, 2006

drzazga

Ma pan świętą rację doktorze Szuman...

niedziela, marca 12, 2006

jakie to dziwne, że w momencie pisania, część wyrazu, która już jest na kartce pozostaje nieruchoma...

piątek, marca 10, 2006

You have improved, Kyle Katarn...

Coraz lepiej, coraz lepiej. Zaczynam wierzyć, że będzie ze mnie całkiem niezły oneironauta. Dziś przyszło mi do głowy, żeby nauczyć się chodzić po ścianach, sufitach, szybach i czym się jeszcze da. Szybko przyszedł mi do głowy odpowiedni wzór - z takiego anime, Naruto. Wydaje mi się, że lepiej jest się uczyć takich rzeczy stopniowo (patrz -> telekineza z katalizatorem). No więc, naśladujemy uczącego się Sasuke - zgromadź chakrę w stopach, tylko nie przesadź. Skoncentruj się. Teraz stopa na ścianę, druga, stoisz normalnie, tyle, że w poziomie, jeden krok, drugi, trzeci, czwarty, hej, ale fajnie!, łup i leżysz jak żuk na ziemi. Heh, niepotrzebnie dodałem to o koncentracji. No i to nie była całkiem ściana - oszkolny niebieskim szkłem wieżowiec. Fakt, że obok była drabina... No cóż, zignorowałem ją.
Prowadzę obserwację. Kiedy zorientuję się, że śnię, zazwyczaj myślę: "Tak, tak, to tylko sen. Znowu...". Dzisiaj zwątpiłem - niby śpię, ale to przecież mój pokój, wszystko wygląda normalnie. Ale zaraz zaraz, za oknem widać, że jestem gdzieś tak na czwartym, piątym piętrze. I perspektywa jak u drapieznika... Uff, sen. Jak najszybciej wydostać się z mieszkania? Proste i logiczne. Oknem. Dziwne - okno nie daje się otworzyć. Głównie dlatego, że nie ma klamki... Może uda się jakieś przeniesienie? Próba bezpośredniego przeniesienia się na ulicę przez szybę - nie wyszło - jedynie zbliżenie wzroku, tak jakbym tam stał, ale wciąż jestem więźniem. Kombinuj Michał, kombinuj... Może przez drzwi? Niestety - zablokowane ulotkami reklamowymi. Tysiącami, całą stertą. Z resztą, jaka gwarancja, że klatka schodowa prowadzi na zewnątrz? I że w ogóle się kończy... Świat się na chwilę rozlał. Sekunda paniki. To jakaś książka. Znów dom. Shit happens. Last idea. Wracam do pokoju, zamykam drzwi. Myślę "za drzwiami jest wieś" (konkretna wieś, ale nie ważne:P). Otwieram drzwi. Sukces. Uff, wolny! Zbyt długo się tą wolnością nie nacieszyłem, ale zawsze coś.
Pisząc to przyszło mi do głowy, że można by było się nauczyć większej ilości umiejętności związanych z chakrą, albo np. magii? Heh, zapowiada się ciekawie. Skoro potrafie już ganiać autobusy jak alien... Albo po prostu polecę w kosmos.

wtorek, marca 07, 2006

the most unknown circumstance

jeszcze nigdy tak bardzo nie zmyliły mnie prawa rządzące własną psychiką. jwszcze nigdy nie było takiego we mnie stanu takiego niezrozumienia sytuacji. tłumaczę sobie to na wszelkie możliwe biologiczne sposoby chociaż chyba tak naprawde w to nie wierzę.

zakochana
zakochan zakochana zakochana zakochana zakochana zakochana zakochana

w dźwięku gitar


w szumie głośników


w ruchu palców na strunach


i w echu rezonujących talerzy i wirowaniu pałeczek do perkusji

niedziela, marca 05, 2006

Wieczór

Beznadzieji pełen. Bezcelowy. Przygnębiony. Zmęczony. Smutny. Samotny. Coż począć? Zasnę, zapomnę. Przecież sam wybrałem.
No bo po co?