Okazuje się, że z wszystkiego można się czegoś nauczyć. Uczę się świata przez doświadczenie. Zupełna nowość. Czuję się tak, jakby rzeka snu w końcu zwróciła uwagę na moją obecność i postanowiła nauczyć mnie pływać nim zupełnie utonę.
A właśnie, sny... Między 9.30 a 10.00 dziś rano miałem dziwny sen. Chciałem mieć LD, więc przeszedłem płynnie z jawy w sen (nad ranem, kiedy nie trzeba wstawać do szkoły, jest to całkiem proste), ale tego nie zauważyłem. Wyszedłem z domu i ruszyłem w stronę pętli tramwajowej. Powód? Chciałem zobaczyć niebo, żeby móc potem o nim śnić... A tam przecież widać między drzewami fragmenty nieba z drugiego świata... Po drodze myślałem trochę o śnieniu. Niebo (a właściwie zachód słońca) widziane z właściwego miejsca było piękne, tylko nieco odwrócone... Potem wróciłem dachami do domu, położyłem się spać i już na dobre obudziłem się tutaj... Skąd znam godziny? Trzymam pod ręką, na krawędzi biurka zegarek i mam już odruch sprawdzania. To dziwne, ale sen wydawał się dłuższy niż pół godziny. Chyba.
Zzzzzz....
1 komentarz:
a ja zgłębiałam dzisiaj tajemnice ołtaszynu. zaprawdę, ciekawy jest to fakt, gdy los skłania Cię na zupełnie inną drogę życia. Chociażby na kraniec miasta, na którym nic nie ma, albo na kilka godzin w odległe granice snu i jawy. Gmatwam się. Dosiego roku (a nie hepinjujer - nie dam się zanglicyzować!)
Prześlij komentarz