piątek, czerwca 03, 2005

Czii czaa...

Dziś wróciłem z wycieczki do Dusznik. Bilans? Polubiłem chipsy i neuroshime. Odstresowałem się. Stanowczo za mało snu. W zasadzie, to teraz padam z nóg. Już wiem, jak się czuje człowiek, w którego ktoś wbije ołówek. Zdobyłem dużo expków w realu. W neuroshimie raczej mało. Ale wciąż żyje. O dziwo. No i w sumie cudem. Rachunek prawdopodobieństwa to bzdura. W dwudziestu kolejnych rzutach miałem osiem dwudziestek(zacięcie), siedem dziewiętnastek (zacięcie) i siedemnastkę (zgadnij) oraz dwie szesnastki (pudło). Rzuty przeciwników oscylowały od jedynki (krytyk) do czwórki. Haha. Trochę "pośpiewaliśmy". No i jestem bohaterem z Las Vegas (reszta już chyba nie żyje, no oprócz Kozła). Grzmiący Kij - czuję się jak indianin. I kto powiedział, że każdy szermierz... Trutu.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Cóż...Obrona Las Vegas przeszła już do historii. Gratuluję, chłopaki.
R.F.

Korri pisze...

Ech... Za bardzo się przywiązuję do tych postaci... Co prawda moja nadal żyje, ale rzucę czymś ciężkim i ostrym w Bąka, jeśli mi ją zabije...