niedziela, czerwca 19, 2005

Niedzielny wieczór...

Kto może powiedzieć, jak wiele tracimy przez opieszałość? Życie płynie...

piątek, czerwca 10, 2005

Dreams...

Sny... Sny są dla mnie bardzo ważne. Nie dowiem się z nich, co stanie się w przyszłości, ale, jeżeli się odważę, mogę lepiej poznać siebie. Przypominając sobie sen, odkrywam dziesiątki miejsc, sytuacji, osób i przedmiotów, które pojawiają się w zupełnie nowym kontekście. Symbole, które wyłącznie dla mnie mają logiczne znaczenie. Nikt inny nie wie, że łyżeczka leżąca na środku sali sportowej w mojej szkole, należy w rzeczywistości do mojej ciotki i pamiętam ja z urodzin kuzyna. Że mury wewnątrz tej szkoły wyglądają tak jak te na zewnątrz mojego liceum. Że układ pięter jest taki jak w gimnazjum, a wejście takie jak w podstawówce. Tylko skąd tam się wzięło działko strażnicze, tajne wejście na strych, który nie istnieje i wiejskie uliczki z kamiennymi murkami (takimi jak tylko w Seyda Neen się jeszcze spotyka) do których wychodzi się przez okno. I dziwię się – „ale się tu u was zmieniło”.

W snach można zrobić wszystko. Każdy to wie, ale prawie nikt nie wykorzystuje. Nauczyłem się „uczyć” w snach coraz to nowych „niemożliwości”. Latanie zajęło mi strasznie dużo czasu. A w zasadzie doskonalenie latania. Pamiętam, że na początku, żeby latać, musiałem machać stopami... No ale to było dawno, dawno temu... Teraz wzniesienie się w dowolnym śnie jest czymś całkowicie naturalnym, w zasadzie codziennie latam. Ostatnio przyszło mi do głowy, że mogę nauczyć się nowych rzeczy. Zacząłem od telekinezy. Najpierw musiałem korzystać z jakiegoś patyka – zaimprowizowanej „magicznej laski”. Czułem jej obciążenie, tak jakby to była wędka. Bardzo wyraźnie, przez cały sen to ćwiczyłem, stopniowo pozbywając się rekwizytów i dochodząc do coraz większej wprawy. Najlepiej działała chyba skorupka jajka z żółtkiem. Pod koniec snu, kiedy nie potrzebowałem już żadnych dodatków, próbowałem nauczyć swojego npc-a, żeby zwiększyć drużynową siłę bojową, ale nie pamiętam, czy coś z tego wyszło. Od następnego snu przesunięcie, przestawienie, czy rzucenie czymś za pomocą myśli było już tak naturalne jak latanie. Potem przyszła kolej na przenikanie przez ściany i robienie się niewidzialnym. Ewentualnie zamiana w chmurkę. Jak ktoś grał w cienie amn, to wie, co mam na myśli. Jak nie grał, to na co jeszcze czeka??? Przemiana w kruka wyszła za drugim, lub trzecim razem. Za pierwszym zostały mi nie przemienione ręce i musiałem machać nimi jak koliber. Ciekawe w snach jest organizowanie bójek w stylu tengju tenge...

Śniąc spotykam postaci, do których tęsknię gdy się obudzę... Chociażby ta dziwna dziewczyna rysująca komiksy... Albo bramkarze, którzy próbowali zatrzymać mnie przed hipermarketem, bo w środku trwała zadyma... Albo ta stokroć dziwniejsza, która weszła przez okno na czwartym piętrze i usiadła na parapecie. Irenicus z którym gadałem ładnych parę godzin lub Woland, od którego uczyłem się Sztuki. Towarzyszka z podwodnego miasta, która znikła gdzieś, gdy tylko odwróciłem wzrok... Także ludzie z tutejszej rzeczywistości, tak jak ostatnio...

Inną sprawą są świadome sny... Problem z nimi jest taki, że mam je tylko wtedy gdy jestem wypoczęty i wyspany. Miałem ostatnio cztery... Dwa udało mi się dłużej utrzymać, dwa tylko przez chwilę. Wspaniałe uczucie. Wzięła mnie chęć na eksperymentowanie, więc postanowiłem sprawdzić, co jest za horyzontem budynków... Zmieniłem pomarańczowy blok mieszkalny w jabłko, zjadłem je, a kiedy po chwili się obudziłem, czułem smak jabłka w ustach...

Pora spać...

piątek, czerwca 03, 2005

Czii czaa...

Dziś wróciłem z wycieczki do Dusznik. Bilans? Polubiłem chipsy i neuroshime. Odstresowałem się. Stanowczo za mało snu. W zasadzie, to teraz padam z nóg. Już wiem, jak się czuje człowiek, w którego ktoś wbije ołówek. Zdobyłem dużo expków w realu. W neuroshimie raczej mało. Ale wciąż żyje. O dziwo. No i w sumie cudem. Rachunek prawdopodobieństwa to bzdura. W dwudziestu kolejnych rzutach miałem osiem dwudziestek(zacięcie), siedem dziewiętnastek (zacięcie) i siedemnastkę (zgadnij) oraz dwie szesnastki (pudło). Rzuty przeciwników oscylowały od jedynki (krytyk) do czwórki. Haha. Trochę "pośpiewaliśmy". No i jestem bohaterem z Las Vegas (reszta już chyba nie żyje, no oprócz Kozła). Grzmiący Kij - czuję się jak indianin. I kto powiedział, że każdy szermierz... Trutu.

Przeprowadzka

Jak widać, przeniosłem tu wątek mojego blogu http://korri.eblog.pl/. O ile eblog w końcu bardzo dobrze zreformował całość obsługi, o tyle przesadził z umieszczaniem reklam. Blogger zaś dodał w końcu możliwość komentowania notek, więc uznałem, że najwyższa pora na ewakuację. Nie jestem pewien, czy pewnego dnia nie powrócę na ebloga, ale to raczej nie blisko.